"Lokatorka" - JP Delaney

"Lokatorka" - JP Delaney

Po kryminały nie sięgam prawie w ogóle. Książki z tego gatunku, które przeczytałam w swoim życiu jestem w stanie policzyć na palcach jednej dłoni. Sama nie wiem czemu tak rzadko czytam takie powieści, bo moje spotkania z tym gatunkiem były raczej udane. W ostatnim czasie czytałam same młodzieżówki i romanse, które, co tu dużo mówić, były okropne. Postanowiłam więc sięgnąć po coś innego, a Lokatorkę polecali już chyba dosłownie wszyscy. Teraz ja dołączam do tego grona.

Jane przeżyła traumę – urodziła martwe dziecko, swoją ukochaną córeczkę Isabel. W wyniku tego tragicznego wydarzenia zmieniła pracę na taką, w której otrzymywała mniejsze wynagrodzenie i nie było jej dłużej stać na wynajmowane mieszkanie. Musiała się więc przeprowadzić, ale z jej pensją niełatwo było znaleźć nowe lokum. Agentka nieruchomości zaproponowała jej dom przy Folgate Street 1  – nowoczesny budynek wykorzystujący skomplikowaną technologię, zaprojektowany przez architekta Edwarda Monkforda. Jednak nie każdy może w nim mieszkać. Potencjalny lokator musi wypełnić formularz, a potem sam Edward musi go zaakceptować. Przy Folgate Street 1 panują ścisłe zasady  – każda osoba, która chce tam zamieszkać musi się na nie zgodzić. Kiedy Jane wprowadza się do domu dowiaduje się, że przed nią mieszkała tam Emma  – młoda kobieta, łudząco do niej podobna, która również przeżyła traumę, bowiem napadnięto ją i grożono nożem we własnym domu. Emma stanowi dla Jane zagadkę i w pewnym sensie staje się częścią jej nowego życia w domu przy Folgate Street 1.

Autor mistrzowsko pokazuje, jak bardzo ludzie podatni są na manipulację. Sposób w jaki mówili bohaterowie, słowa, których używali, to wszystko sprawiło, że zdałam sobie sprawę jak łatwo można kimś manipulować oraz jakie to może mieć konsekwencje. Ta książka uświadomiła mi również, jak ciężko jest przekonać zakochaną osobę do tego, że z obiektem jej uczuć może być coś nie tak. Taka osoba nie potrafi przyjąć do wiadomości ostrzeżeń, automatycznie stawia swojego ukochanego w korzystniejszym świetle, wymyśla różne wymówki, które nie zawsze do końca mają sens.

Szczerze mówiąc, ja też czuję się trochę zmanipulowana przez bohaterów. Nie sądziłam, że ta historia może potoczyć się w takim kierunku i to dało mi do myślenia. Przede wszystkim zdałam sobie sprawę z tego, że nigdy tak naprawdę do końca nie wiemy czy ktoś jest dobry czy zły. Ta książka nauczyła mnie jak bardzo pozory mogą mylić i nigdy nie możemy być kogoś w stu procentach pewni. Zdałam sobie sprawę również, jak bardzo jesteśmy podatni na zmiany pod wpływem ludzi, na których nam zależy, nawet nie będąc tego świadomym.

Bohaterowie zaskakiwali mnie do końca i jestem pełna podziwu, że autor stworzył tak wielowymiarowe postaci. To właśnie oni byli największą zaletą tej powieści. Zastała tam przedstawiona przeszłość z perspektywy Emmy i teraźniejszość oczami Jane. Obie te bohaterki są dla czytelnika otwartą księgą, jednak dopiero na końcu dowiadujemy się o nich prawdy. Autor bardzo dobrze przedstawił też postaci drugoplanowe, każda z nich była ważnym elementem tej historii. Z czasem autor ujawniał jaki udział mieli w całej tej sprawie i wszystko to ostatecznie ułożyło się w logiczną całość.

Ciężko jest mi cokolwiek napisać o tej książce, tak aby czegoś nie zaspoilerować osobom, które jeszcze jej nie czytały, a mają taki zamiar. Autor bowiem nie zaskakuje czytelnika tylko przy samym zakończeniu, ale właściwie przez całą historię. Ciągle pojawiają się nowe elementy układanki, które tworzą tę opowieść i przerzucają podejrzenia na kolejnego bohatera. Te wszystkie drobiazgi sprawiały, że nie mogłam się oderwać i natychmiast chciałam wiedzieć jak to wszystko się skończy. Autor świetnie poradził sobie z budowaniem napięcia i zaskakiwał niemal na każdej stronie, a kiedy wydawało mi się, że już wiem co się wydarzyło nagle pojawiały się nowe fakty, które stawiały historię w zupełnie innym świetle. 

Rzadko sięgam po kryminały, nie wiem więc jak Lokatorka wygląda na tle innych z tego gatunku, ale mnie w pełni usatysfakcjonowała. Autor stworzył złożoną historię, w której każdy szczegół ma znaczenie i wprowadził czytelnika do świata, w którym nic nie jest oczywiste. Dawno nie czytałam tak dobrej książki. Zdecydowanie polecam!

Wydawnictwo Otwarte, 2017, 457 stron

''Art&Soul'' - Brittainy C. Cherry

''Art&Soul'' - Brittainy C. Cherry

Levi jest zmęczony życiem z chorą psychicznie matką, więc postanawia się przeprowadzić i na rok zamieszkać z ojcem, z którym od kilku lat nie miał kontaktu. Aria jest szesnastoletnią artystką, która dowiaduje się, że jest w ciąży z przyjacielem swojego strasznego brata. Drogi tej dwójki krzyżują się, a potem dowiadują się, że razem mają pracować nad szkolnym projektem Art&Soul. Wbrew wszystkim przeciwnościom Aria i Levi zaczynają się do siebie zbliżać...

Art&Soul jest drugą książką Brittainy C. Cherry, którą miałam okazję przeczytać. Pierwsze było Kochając Pana Danielsa, które pochłonęłam w kilka godzin. Przy jej kolejnej powieści doszłam do wniosku, że dużo lepszy niż sama fabuła jest styl pisania autorki, który sprawia, że jej twórczość czyta się szybko i przyjemnie. Tak też było w tym przypadku. Sama historia Levi'ego i Arii nie była jakaś szczególnie porywająca i szczerze mówiąc już gdzieś w połowie książki wiedziałam jakiego zakończenia mogę się spodziewać. A mimo to przeczytałam ją całą i nie zajęło mi to dużo czasu.

Jak pisałam wyżej – fabuła Art&Soul nie była specjalnie odkrywcza, ale nie mogę powiedzieć, że spodziewałam się po tej powieści czegoś szczególnego. Szczerze mówiąc mój stosunek do tej książki jest dość obojętny, jest to po prostu kolejna pozycja na mojej półce, którą przeczytałam i odłożyłam. Nie wzbudziła we mnie żadnych emocji, poza tym, że trochę mnie zmęczyła ze względu na nadmiar... wszystkiego. Autorka rzucała chorobami i nieszczęściami na prawo i lewo, chyba po to, aby nadać książce realizmu, ale według mnie trochę z tym wszystkim przesadziła. Nie twierdzę, że takie sytuacje się nie zdarzają, ale z drugiej strony nie musi być tak, że wszyscy od razu muszą być nieszczęśliwi, aby historia była realna.

Z drugiej strony jednak, cieszę się, że autorka podjęła temat chorób psychicznych. Była to jedna z nielicznych rzeczy, które mi się w tej książce spodobały. Myślę, że pani Cherry dość dobrze poradziła sobie z ukazaniem tego, że choroba psychiczna wyniszcza nie tylko chorego, ale także jego bliskich. Relacja Levi'ego z jego chorą na schizofrenię matką była tego świetnym przykładem. Chłopak z jednej strony wiedział, że jest to coś, nad czym jego matka nie panuje i to jak się zachowuje jest wynikiem choroby, ale mimo to miał tego dosyć. Kochał swoją rodzicielkę, ale chciał też zaznać normalnego życia, w którym nie będzie jej – zazdrosnej o to, że ma jakichkolwiek przyjaciół, zarzucającej mu, że go nie kocha. Levi miał przez to wyrzuty sumienia, które nie dawały mu spokoju. Na chorobę psychiczną cierpiał też Simon – miał nerwicę natręctw i wydaje mi się, że z tym autorka, też poradziła sobie w miarę dobrze, chociaż mogła poświęcić tej postaci trochę więcej uwagi.

Nie muszę chyba pisać, że Art&Soul jest powieścią bardzo szablonową. Byłam na to przygotowana i raczej mi to nie przeszkadzało, może poza jedną rzeczą. Nie mam pojęcia jak wyglądają szkoły średnie w USA, ale czytanie po raz kolejny, że są pełne wrednych blondynek z kilogramami makijażu na twarzach trochę mnie już męczy. Odebrałam to trochę jak pójście na łatwiznę – takie szablonowe przedstawienie liceum, gdzie ludzie są wredni i okropni, poza głównymi bohaterami, którzy są tacy biedni i oczywiście inni niż wszyscy. 

Jeśli chodzi o bohaterów to niemal wszyscy byli mi obojętni. Polubiłam jedynie Simona, który, według mnie, jako jedyny wyróżniał się z tego całego towarzystwa. Reszta postaci wydała mi się jakaś taka bez wyrazu i szczerze mówiąc nie zwracałam większej uwagi na te drugoplanowe. W tej chwili nie mogę sobie nawet przypomnieć jak większość tych postaci miała na imię. Najgorsze jest to, że autorka chyba chciała, aby ci bohaterowie jakoś się wyróżniali, ale na mnie to nie podziałało, bo większości z nich nawet nie zapamiętałam.

Podsumowując, Art&Soul jest mocno średnią młodzieżówką. Jedyne co ją ratuje to styl pisania autorki, który sprawia, że jej książki, bez względu na ilość stron, można przeczytać w kilka godzin. Fabuła sama w sobie jest przewidywalna, a sama historia nie jest zbyt wciągająca. Jeśli lubicie takie książki – niezobowiązujące i szablonowe to możecie sięgnąć po Art&Soul, ale nie jest to pozycja, którą wam polecam.

Wydawnictwo Filia, 2016, 392 strony
O książkoholikach słów kilka

O książkoholikach słów kilka

Ostatnio pisałam prawie same recenzje, które do końca miesiąca pojawią się na blogu, więc żeby nie było zbyt nudno postanowiłam napisać kolejny post o bliżej nieokreślonej tematyce, który miał dotyczyć jednej konkretnej rzeczy, ale pewnie trakcie pisania zahaczę też o inne kwestie. Już od jakiegoś czasu zbieram się z pisaniem takich postów, ale zazwyczaj zaczynam je i porzucam. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się je dokończyć, a tymczasem zapraszam na króciutką notkę, w której będę się głównie czepiała ;).

Jaką książkę kupić osobie, która nie czyta?
Odniosłam wrażenie, że szerzenie czytelnictwa poszło w złym kierunku. Akcje i kampanie zachęcające do czytania w ciekawy sposób to jedno, ale wciskanie do ręki książki każdemu znajomemu, kuzynowi czy cioci to już chyba lekka przesada. Coraz częściej widzę posty lub pytania na różnych grupach poświęconych literaturze Jaką książkę kupić osobie, która nie czyta? i zastanawiam się czy niektórzy postawili sobie za punkt honoru, żeby zmusić do czytania dosłownie każdego. Rozumiem, że fajnie jest czasem porozmawiać ze znajomym czy kimś z rodziny o ulubionej powieści, ale niektórzy najchętniej wciskaliby do rąk książki wszystkim dookoła. Wychodzę z założenia, że takie rzeczy przychodzą same. Ja też nie czytałam od zawsze i sama doszłam do wniosku, że chcę wypożyczyć coś z biblioteki, nikt mnie do tego nie zmuszał, nie dostawałam w prezencie książek od rodziny czy znajomych. Jeśli ktoś będzie miał ochotę coś przeczytać to zrobi to sam z siebie, nie dlatego, że ktoś go zmusza albo daje książki na każde urodziny. Poza tym, wydaje mi się, że należy szanować gust innych i jeśli ktoś chce dostać farbki, to kupię mu farbki a nie poradnik dla malarza.

Jak można nie czytać książek?!
To pytanie słyszałam i widziałam już wiele razy. Zadają je oburzeni booktuberzy a także blogerzy, którzy wprost nie potrafią zrozumieć jak można nie czytać. Być może was zdziwię, ale okazuje się, że można. Czytanie zawsze traktowałam jak każdą inną formę spędzania wolnego czasu. Czasami kiedy nie mam nic do roboty sięgam po książkę, ale czasem mam ochotę obejrzeć film, a nawet zdarza mi się wyjść z domu. Jednym słowem, czytanie to dla mnie zwyczajne hobby. Niektórzy lubią grać w piłkę, inni malować, a jeszcze inni robić na drutach i co z tego? Jasne, czytanie rozwija naszą wyobraźnię, poprawia ortografię, wzbogaca słownictwo i tak dalej, ale fakt, że ktoś nie lubi czytać nie czyni go od razu idiotą. Gusta są różne, a zmuszanie się do czytania, bo ktoś uważa to za jedyną słuszną formę spędzania wolnego czasu jest bez sensu. Nie każdy to lubi i nie ma w tym nic złego, więc nie rozumiem skąd biorą się pytania Co robią ludzie, którzy nie czytają? albo Jak tak w ogóle można? Serio?

Książkoholik
Kolejna rzecz, o której chciałam napisać to właściwie coś, co nie mam pojęcia czy powinnam brać na poważnie czy raczej potraktować z przymrużeniem oka. Nie chce mi się bowiem wierzyć, że ktoś mógł napisać takie głupoty na serio. O co właściwie chodzi? A o to, że jakiś czas temu natrafiłam na jakiegoś bloga, a konkretnie jeden post. Autorka napisała, że uważa, iż książkoholikiem nie powinno nazywać się osób, które czytają po dwadzieścia książek rocznie, bo w takim razie jak nazywać osoby czytające książek sto czy więcej? Do dzisiaj jak o tym myślę chce mi się śmiać, bo poziom absurdu w tym poście został mocno przekroczony. Nie mam pojęcia skąd przekonanie, że książkoholik to jakieś elitarne określenie, na które trzeba sobie zasłużyć ścigając się o ilość przeczytanych książek, ale trochę mnie to przeraża. Powinna się liczyć przyjemność z czytania, to, że ktoś w ogóle to robi, przecież o to chodzi w tych wszystkich akcjach mających na celu szerzenie czytelnictwa, nie o cyferki czy etykietki. Jeśli ktoś uważa, że nie mogę nazywać się książkoholikiem, bo za mało czytam to szczerze mówiąc nie wiem czy się śmiać czy płakać. 

Powtórzę jeszcze raz to, co napisałam na początku. Cieszę się, że istnieją akcje mające na celu szerzenie czytelnictwa, ale te akcje mają ludzi do czytania zachęcać, nie zmuszać. A odniosłam wrażenie, że niektórzy nie rozumieją na czym polega różnica. Czytam różne blogi poświęcone literaturze, zaglądam na strony na facebooku, obserwuję konta na Instagramie i trochę zaczęło mnie przerażać to, jak część ludzi podchodzi do tematu czytelnictwa. Kiedyś natknęłam się na jakiś post na facebooku dotyczący właśnie czytania, a raczej nieczytania książek i nie mogłam uwierzyć, w to,  jakie określenia padały w stosunku do osób, które nie przepadają za literaturą. Nie będę tutaj niczego przytaczać, ale naprawdę złapałam się za głowę jak zobaczyłam co wypisują ci oczytani i kulturalni ludzie. Czy naprawdę tak ciężko jest zrozumieć, że niektórzy po prostu nie lubią czytać? Jeśli kogoś nagle olśni i stwierdzi, że przeczytałby książkę to pójdzie sobie do biblioteki albo księgarni i zaopatrzy się w jakąś. I nie musicie temu komuś ani na siłę wciskać książek przy każdej możliwej okazji, ani przekonywać go, że jest idiotą.
''Debiutant'' - SJ Hooks

''Debiutant'' - SJ Hooks

Stephen Worthington jest wykładowcą literatury i od kilku lat jest singlem. Nie radzi sobie za dobrze z kobietami i jest do bólu przewidywalny. Dlatego tak bardzo denerwuje go panna Wilde – jego inteligentna i prowokująca studentka. Któregoś wieczoru Stephen spotyka Julię Wilde pod barem i odwozi ją do domu. Ta z pozoru niewinna przysługa kończy się w mieszkaniu panny Wilde, a konkretnie – w jej łóżku. Stephen obiecuje sobie, że już więcej nie spotka się ze swoją studentką poza uczelnią, jednak nie potrafi się jej oprzeć...

Gdybym miała wybrać jedno słowo, które mi teraz przychodzi na myśl, byłoby to słowo idiotyczne. Idiotyczne były teksty, żarty, zachowania bohaterów. Zgaduję, że miało to być zabawne, ale nie wyszło. Część dialogów między bohaterami była zwyczajnie bezsensowna i chyba miała robić za zapychacz między scenami seksu, przynajmniej w pierwszej połowie książki. Generalnie całą powieść można by opisać w dwóch zdaniach: Ona jest moją studentką, nie mogę się z nią spotykać. Zakochałem się w niej. I wierzcie mi, czytając te dwa zdania zamiast całej książki niczego nie tracicie.

Związek nauczyciela z uczennicą był już przerabiany wiele razy, ale chyba pierwszy raz spotkałam się z takim jego przedstawieniem. Tytułowy debiutant to Stephen, którego Julia uczy jak obchodzić się z kobietą w łóżku. Jest przy tym śmiała i nie ukrywa, że nie wstydzi się nagości, ani otwartych rozmów o seksie. Za to główny bohater jest ostrożny,  ma obsesję na punkcie porządku i ubiera się jak emeryt. W obu się przypadkach autorka chyba trochę przesadziła, bo, o ile rozumiem, że jakoś chciała wyłamać się ze schematu, to sposób w jaki to zrobiła był dość radykalny.

Główny bohater to chyba najbardziej absurdalna postać z jaką się dotychczas spotkałam. Zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie są różni i tak dalej, ale ciężko jest mi wyobrazić sobie dorosłego mężczyznę, wykładowcę na uniwersytecie, który ciągle się jąka i nie potrafi złożyć sensownego zdania podczas rozmowy z kobietą. Przez większość książki miałam wrażenie, że Stephen jest nastolatkiem. Strasznie mnie irytował, szczególne pod koniec. Przez głównego bohatera i to, jak zachowywał się, nie tylko w towarzystwie Julii, cała powieść nie wypada realistycznie. Nie pomaga fakt, że książka została napisana z jego perspektywy. Jak czytałam całe akapity jego myśli o tym, że nie powinien spotykać się ze swoją studentką, po czym i tak jechał do jej mieszkania, miałam ochotę rzucić tym gniotem o ścianę, co zresztą później zrobiłam.

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że Debiutant był po prostu nudny. Bohaterowie już po jakichś czterdziestu stronach lądują razem w łóżku, mimo że podobno panna Wilde tak strasznie Stephena denerwowała. Potem cała powieść kręci się wokół tego, że główny bohater nie powinien sypiać ze studentką, ale i tak to robi. Ciągle do niej wraca, aż nagle, jak grom z jasnego nieba spada na niego świadomość, że chyba się w niej zakochał. I tak zaczyna się lanie wody, jak to on jej nie pragnie, a ona nie chce związku. Mniej więcej na tym opiera się cała ta książka.

Chyba nigdy nie żałowałam, że przeczytałam jakąś książkę, aż do teraz. Debiutant był kompletną stratą czasu i pomimo tego, że nie ma nawet trzystu stron, męczyłam się z tą powieścią, jakby miała się nigdy nie skończyć. Coś mi się wydaje, że przez długi czas będę omijać erotyki szerokim łukiem, a wam omijać radzę Debiutanta.


Wydawnictwo HaperCollins, 2017, 272 strony
★☆☆☆☆☆☆☆☆☆
Copyright © 2014 Litery Na Papierze , Blogger