''Art&Soul'' - Brittainy C. Cherry

''Art&Soul'' - Brittainy C. Cherry

Levi jest zmęczony życiem z chorą psychicznie matką, więc postanawia się przeprowadzić i na rok zamieszkać z ojcem, z którym od kilku lat nie miał kontaktu. Aria jest szesnastoletnią artystką, która dowiaduje się, że jest w ciąży z przyjacielem swojego strasznego brata. Drogi tej dwójki krzyżują się, a potem dowiadują się, że razem mają pracować nad szkolnym projektem Art&Soul. Wbrew wszystkim przeciwnościom Aria i Levi zaczynają się do siebie zbliżać...

Art&Soul jest drugą książką Brittainy C. Cherry, którą miałam okazję przeczytać. Pierwsze było Kochając Pana Danielsa, które pochłonęłam w kilka godzin. Przy jej kolejnej powieści doszłam do wniosku, że dużo lepszy niż sama fabuła jest styl pisania autorki, który sprawia, że jej twórczość czyta się szybko i przyjemnie. Tak też było w tym przypadku. Sama historia Levi'ego i Arii nie była jakaś szczególnie porywająca i szczerze mówiąc już gdzieś w połowie książki wiedziałam jakiego zakończenia mogę się spodziewać. A mimo to przeczytałam ją całą i nie zajęło mi to dużo czasu.

Jak pisałam wyżej – fabuła Art&Soul nie była specjalnie odkrywcza, ale nie mogę powiedzieć, że spodziewałam się po tej powieści czegoś szczególnego. Szczerze mówiąc mój stosunek do tej książki jest dość obojętny, jest to po prostu kolejna pozycja na mojej półce, którą przeczytałam i odłożyłam. Nie wzbudziła we mnie żadnych emocji, poza tym, że trochę mnie zmęczyła ze względu na nadmiar... wszystkiego. Autorka rzucała chorobami i nieszczęściami na prawo i lewo, chyba po to, aby nadać książce realizmu, ale według mnie trochę z tym wszystkim przesadziła. Nie twierdzę, że takie sytuacje się nie zdarzają, ale z drugiej strony nie musi być tak, że wszyscy od razu muszą być nieszczęśliwi, aby historia była realna.

Z drugiej strony jednak, cieszę się, że autorka podjęła temat chorób psychicznych. Była to jedna z nielicznych rzeczy, które mi się w tej książce spodobały. Myślę, że pani Cherry dość dobrze poradziła sobie z ukazaniem tego, że choroba psychiczna wyniszcza nie tylko chorego, ale także jego bliskich. Relacja Levi'ego z jego chorą na schizofrenię matką była tego świetnym przykładem. Chłopak z jednej strony wiedział, że jest to coś, nad czym jego matka nie panuje i to jak się zachowuje jest wynikiem choroby, ale mimo to miał tego dosyć. Kochał swoją rodzicielkę, ale chciał też zaznać normalnego życia, w którym nie będzie jej – zazdrosnej o to, że ma jakichkolwiek przyjaciół, zarzucającej mu, że go nie kocha. Levi miał przez to wyrzuty sumienia, które nie dawały mu spokoju. Na chorobę psychiczną cierpiał też Simon – miał nerwicę natręctw i wydaje mi się, że z tym autorka, też poradziła sobie w miarę dobrze, chociaż mogła poświęcić tej postaci trochę więcej uwagi.

Nie muszę chyba pisać, że Art&Soul jest powieścią bardzo szablonową. Byłam na to przygotowana i raczej mi to nie przeszkadzało, może poza jedną rzeczą. Nie mam pojęcia jak wyglądają szkoły średnie w USA, ale czytanie po raz kolejny, że są pełne wrednych blondynek z kilogramami makijażu na twarzach trochę mnie już męczy. Odebrałam to trochę jak pójście na łatwiznę – takie szablonowe przedstawienie liceum, gdzie ludzie są wredni i okropni, poza głównymi bohaterami, którzy są tacy biedni i oczywiście inni niż wszyscy. 

Jeśli chodzi o bohaterów to niemal wszyscy byli mi obojętni. Polubiłam jedynie Simona, który, według mnie, jako jedyny wyróżniał się z tego całego towarzystwa. Reszta postaci wydała mi się jakaś taka bez wyrazu i szczerze mówiąc nie zwracałam większej uwagi na te drugoplanowe. W tej chwili nie mogę sobie nawet przypomnieć jak większość tych postaci miała na imię. Najgorsze jest to, że autorka chyba chciała, aby ci bohaterowie jakoś się wyróżniali, ale na mnie to nie podziałało, bo większości z nich nawet nie zapamiętałam.

Podsumowując, Art&Soul jest mocno średnią młodzieżówką. Jedyne co ją ratuje to styl pisania autorki, który sprawia, że jej książki, bez względu na ilość stron, można przeczytać w kilka godzin. Fabuła sama w sobie jest przewidywalna, a sama historia nie jest zbyt wciągająca. Jeśli lubicie takie książki – niezobowiązujące i szablonowe to możecie sięgnąć po Art&Soul, ale nie jest to pozycja, którą wam polecam.

Wydawnictwo Filia, 2016, 392 strony
O książkoholikach słów kilka

O książkoholikach słów kilka

Ostatnio pisałam prawie same recenzje, które do końca miesiąca pojawią się na blogu, więc żeby nie było zbyt nudno postanowiłam napisać kolejny post o bliżej nieokreślonej tematyce, który miał dotyczyć jednej konkretnej rzeczy, ale pewnie trakcie pisania zahaczę też o inne kwestie. Już od jakiegoś czasu zbieram się z pisaniem takich postów, ale zazwyczaj zaczynam je i porzucam. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się je dokończyć, a tymczasem zapraszam na króciutką notkę, w której będę się głównie czepiała ;).

Jaką książkę kupić osobie, która nie czyta?
Odniosłam wrażenie, że szerzenie czytelnictwa poszło w złym kierunku. Akcje i kampanie zachęcające do czytania w ciekawy sposób to jedno, ale wciskanie do ręki książki każdemu znajomemu, kuzynowi czy cioci to już chyba lekka przesada. Coraz częściej widzę posty lub pytania na różnych grupach poświęconych literaturze Jaką książkę kupić osobie, która nie czyta? i zastanawiam się czy niektórzy postawili sobie za punkt honoru, żeby zmusić do czytania dosłownie każdego. Rozumiem, że fajnie jest czasem porozmawiać ze znajomym czy kimś z rodziny o ulubionej powieści, ale niektórzy najchętniej wciskaliby do rąk książki wszystkim dookoła. Wychodzę z założenia, że takie rzeczy przychodzą same. Ja też nie czytałam od zawsze i sama doszłam do wniosku, że chcę wypożyczyć coś z biblioteki, nikt mnie do tego nie zmuszał, nie dostawałam w prezencie książek od rodziny czy znajomych. Jeśli ktoś będzie miał ochotę coś przeczytać to zrobi to sam z siebie, nie dlatego, że ktoś go zmusza albo daje książki na każde urodziny. Poza tym, wydaje mi się, że należy szanować gust innych i jeśli ktoś chce dostać farbki, to kupię mu farbki a nie poradnik dla malarza.

Jak można nie czytać książek?!
To pytanie słyszałam i widziałam już wiele razy. Zadają je oburzeni booktuberzy a także blogerzy, którzy wprost nie potrafią zrozumieć jak można nie czytać. Być może was zdziwię, ale okazuje się, że można. Czytanie zawsze traktowałam jak każdą inną formę spędzania wolnego czasu. Czasami kiedy nie mam nic do roboty sięgam po książkę, ale czasem mam ochotę obejrzeć film, a nawet zdarza mi się wyjść z domu. Jednym słowem, czytanie to dla mnie zwyczajne hobby. Niektórzy lubią grać w piłkę, inni malować, a jeszcze inni robić na drutach i co z tego? Jasne, czytanie rozwija naszą wyobraźnię, poprawia ortografię, wzbogaca słownictwo i tak dalej, ale fakt, że ktoś nie lubi czytać nie czyni go od razu idiotą. Gusta są różne, a zmuszanie się do czytania, bo ktoś uważa to za jedyną słuszną formę spędzania wolnego czasu jest bez sensu. Nie każdy to lubi i nie ma w tym nic złego, więc nie rozumiem skąd biorą się pytania Co robią ludzie, którzy nie czytają? albo Jak tak w ogóle można? Serio?

Książkoholik
Kolejna rzecz, o której chciałam napisać to właściwie coś, co nie mam pojęcia czy powinnam brać na poważnie czy raczej potraktować z przymrużeniem oka. Nie chce mi się bowiem wierzyć, że ktoś mógł napisać takie głupoty na serio. O co właściwie chodzi? A o to, że jakiś czas temu natrafiłam na jakiegoś bloga, a konkretnie jeden post. Autorka napisała, że uważa, iż książkoholikiem nie powinno nazywać się osób, które czytają po dwadzieścia książek rocznie, bo w takim razie jak nazywać osoby czytające książek sto czy więcej? Do dzisiaj jak o tym myślę chce mi się śmiać, bo poziom absurdu w tym poście został mocno przekroczony. Nie mam pojęcia skąd przekonanie, że książkoholik to jakieś elitarne określenie, na które trzeba sobie zasłużyć ścigając się o ilość przeczytanych książek, ale trochę mnie to przeraża. Powinna się liczyć przyjemność z czytania, to, że ktoś w ogóle to robi, przecież o to chodzi w tych wszystkich akcjach mających na celu szerzenie czytelnictwa, nie o cyferki czy etykietki. Jeśli ktoś uważa, że nie mogę nazywać się książkoholikiem, bo za mało czytam to szczerze mówiąc nie wiem czy się śmiać czy płakać. 

Powtórzę jeszcze raz to, co napisałam na początku. Cieszę się, że istnieją akcje mające na celu szerzenie czytelnictwa, ale te akcje mają ludzi do czytania zachęcać, nie zmuszać. A odniosłam wrażenie, że niektórzy nie rozumieją na czym polega różnica. Czytam różne blogi poświęcone literaturze, zaglądam na strony na facebooku, obserwuję konta na Instagramie i trochę zaczęło mnie przerażać to, jak część ludzi podchodzi do tematu czytelnictwa. Kiedyś natknęłam się na jakiś post na facebooku dotyczący właśnie czytania, a raczej nieczytania książek i nie mogłam uwierzyć, w to,  jakie określenia padały w stosunku do osób, które nie przepadają za literaturą. Nie będę tutaj niczego przytaczać, ale naprawdę złapałam się za głowę jak zobaczyłam co wypisują ci oczytani i kulturalni ludzie. Czy naprawdę tak ciężko jest zrozumieć, że niektórzy po prostu nie lubią czytać? Jeśli kogoś nagle olśni i stwierdzi, że przeczytałby książkę to pójdzie sobie do biblioteki albo księgarni i zaopatrzy się w jakąś. I nie musicie temu komuś ani na siłę wciskać książek przy każdej możliwej okazji, ani przekonywać go, że jest idiotą.
''Debiutant'' - SJ Hooks

''Debiutant'' - SJ Hooks

Stephen Worthington jest wykładowcą literatury i od kilku lat jest singlem. Nie radzi sobie za dobrze z kobietami i jest do bólu przewidywalny. Dlatego tak bardzo denerwuje go panna Wilde – jego inteligentna i prowokująca studentka. Któregoś wieczoru Stephen spotyka Julię Wilde pod barem i odwozi ją do domu. Ta z pozoru niewinna przysługa kończy się w mieszkaniu panny Wilde, a konkretnie – w jej łóżku. Stephen obiecuje sobie, że już więcej nie spotka się ze swoją studentką poza uczelnią, jednak nie potrafi się jej oprzeć...

Gdybym miała wybrać jedno słowo, które mi teraz przychodzi na myśl, byłoby to słowo idiotyczne. Idiotyczne były teksty, żarty, zachowania bohaterów. Zgaduję, że miało to być zabawne, ale nie wyszło. Część dialogów między bohaterami była zwyczajnie bezsensowna i chyba miała robić za zapychacz między scenami seksu, przynajmniej w pierwszej połowie książki. Generalnie całą powieść można by opisać w dwóch zdaniach: Ona jest moją studentką, nie mogę się z nią spotykać. Zakochałem się w niej. I wierzcie mi, czytając te dwa zdania zamiast całej książki niczego nie tracicie.

Związek nauczyciela z uczennicą był już przerabiany wiele razy, ale chyba pierwszy raz spotkałam się z takim jego przedstawieniem. Tytułowy debiutant to Stephen, którego Julia uczy jak obchodzić się z kobietą w łóżku. Jest przy tym śmiała i nie ukrywa, że nie wstydzi się nagości, ani otwartych rozmów o seksie. Za to główny bohater jest ostrożny,  ma obsesję na punkcie porządku i ubiera się jak emeryt. W obu się przypadkach autorka chyba trochę przesadziła, bo, o ile rozumiem, że jakoś chciała wyłamać się ze schematu, to sposób w jaki to zrobiła był dość radykalny.

Główny bohater to chyba najbardziej absurdalna postać z jaką się dotychczas spotkałam. Zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie są różni i tak dalej, ale ciężko jest mi wyobrazić sobie dorosłego mężczyznę, wykładowcę na uniwersytecie, który ciągle się jąka i nie potrafi złożyć sensownego zdania podczas rozmowy z kobietą. Przez większość książki miałam wrażenie, że Stephen jest nastolatkiem. Strasznie mnie irytował, szczególne pod koniec. Przez głównego bohatera i to, jak zachowywał się, nie tylko w towarzystwie Julii, cała powieść nie wypada realistycznie. Nie pomaga fakt, że książka została napisana z jego perspektywy. Jak czytałam całe akapity jego myśli o tym, że nie powinien spotykać się ze swoją studentką, po czym i tak jechał do jej mieszkania, miałam ochotę rzucić tym gniotem o ścianę, co zresztą później zrobiłam.

Nie mogę nie wspomnieć o tym, że Debiutant był po prostu nudny. Bohaterowie już po jakichś czterdziestu stronach lądują razem w łóżku, mimo że podobno panna Wilde tak strasznie Stephena denerwowała. Potem cała powieść kręci się wokół tego, że główny bohater nie powinien sypiać ze studentką, ale i tak to robi. Ciągle do niej wraca, aż nagle, jak grom z jasnego nieba spada na niego świadomość, że chyba się w niej zakochał. I tak zaczyna się lanie wody, jak to on jej nie pragnie, a ona nie chce związku. Mniej więcej na tym opiera się cała ta książka.

Chyba nigdy nie żałowałam, że przeczytałam jakąś książkę, aż do teraz. Debiutant był kompletną stratą czasu i pomimo tego, że nie ma nawet trzystu stron, męczyłam się z tą powieścią, jakby miała się nigdy nie skończyć. Coś mi się wydaje, że przez długi czas będę omijać erotyki szerokim łukiem, a wam omijać radzę Debiutanta.


Wydawnictwo HaperCollins, 2017, 272 strony
★☆☆☆☆☆☆☆☆☆
[Ze Słownikiem] ''Alicja w krainie czarów'', ''Przygody Sherlocka Holmesa''

[Ze Słownikiem] ''Alicja w krainie czarów'', ''Przygody Sherlocka Holmesa''

Cześć! Ktoś tu jeszcze o mnie pamięta? Już nawet nie pamiętam kiedy pojawił się ostatni post. Ostatnie miesiące były dla mnie dosyć intensywne, co było spowodowane zakończeniem liceum, a przede wszystkim maturą, do której musiałam się przygotować. Nie miałam za bardzo czasu na czytanie i prowadzenie bloga. Poza tym, stwierdziłam, że przyda mi się przerwa, ale teraz wracam i mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zajrzy. Zanim jednak zasypię was recenzjami, które ostatnio napisałam mam dla was trochę inny post. Mam nadzieję, że wybaczycie mi chaos, ale chyba już całkiem zapomniałam jak się pisze. W każdym razie, zapraszam ;)

Książki od wydawnictwa Ze Słownikiem interesowały mnie już od dłuższego czasu. Zawsze wydawało mi się, że mój angielski jest na wystarczająco dobrym poziomie, aby czytać w oryginale. Nigdy nie miałam problemu z rozumieniem tekstów w tym języku, jednak zazwyczaj były to jakieś artykuły napisane dość prostym językiem. Kiedy jednak sięgnęłam po książkę zdałam sobie sprawę, że nie rozumiem części słów, a czytanie z telefonem w ręce, aby je tłumaczyć nie było zbyt wygodne. Z pomocą przychodzi wydawnictwo Ze Słownikiem, które oferuje nam powieści w języku angielskim z dołączonym na początku i końcu słowniczkiem z najczęściej pojawiającymi się słowami, a także przetłumaczonymi na każdej stronie słówkami, które mogły sprawić czytelnikowi trudność. 

Alicja w krainie czarów to klasyczna powieść z pogranicza snu i jawy. Wydana w 1865 roku przez Lewis Carroll jest jedną z najpoczytniejszych dzieł literatury dziecięcej na świecie, które zostało przetłumaczone na ponad 25 języków. Książkę polubią nie tylko dzieci, ale również dorośli ponieważ magiczna podróż małej Alicji do fantastycznej krainy jest spełnieniem marzeń każdego dziecka.
Źródło: zeslownikiem.pl/

Przygody Sherlocka Holmesa opublikowane w 1892 roku przez szkockiego pisarza, sir Arthura Conana Doyle’a. Książka zawiera dwanaście opowiadań, w których detektyw z Baker Street rozwiązuje skomplikowane sprawy kryminalne. Jego głównym atrybutem, wykorzystywanym przy rozwiązywaniu wszystkich przypadków jest dedukcja. Niezbędna okazuje się również znajomość psychologii, prawa, chemii, policyjnej kroniki wypadków jak również literatury sensacyjnej i nieodłączna fajka. Dzięki ponadprzeciętnej sprawności fizycznej potrafi wyjść cało ze wszystkich opresji. W pracy towarzyszy mu wierny druh, przyjaciel i kronikarz wszystkich dokonań, dr Watson.
Źródło: zeslownikiem.pl/

Obie pozycje czytało mi się bardzo przyjemnie i, co trochę mnie zdziwiło, dosyć szybko. Myślałam, że trochę się z nimi pomęczę, bo wcześniej nie zdołałam w całości przebrnąć przez książkę po angielsku, ale dzięki tym wydaniom nawet nie wiem kiedy doszłam do ostatniej strony. Przetłumaczone na każdej stronie słowa ułatwiały mi czytanie i jeśli czegoś nie rozumiałam, miałam to pod ręką.

Wydawnictwo w swojej ofercie posiada książki o różnym poziomie trudności, więc w zależności od tego, na jakim etapie nauki angielskiego jest czytelnik może on wybrać sobie pozycje, które mu odpowiadają. Myślę, że jest to świetna propozycja zarówno dla osób, które już płynnie posługują się tym językiem jak i dla tych, które chcą się w nim podszkolić. Całą ofertę wydawnictwa znajdziecie tutaj. A ja na pewno jeszcze przygarnę kilka pozycji w tych wydaniach ;)
Kółko wzajemnej adoracji

Kółko wzajemnej adoracji

Od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem napisania posta, który nie będzie dotyczył bezpośrednio książek i tego, co zazwyczaj tutaj publikuję. Ten temat chodził za mną już dosyć długo i zastanawiałam się czy w ogóle opublikować tutaj coś takiego. Zaczęłam pisać tę notkę chyba kilka miesięcy temu, aż w końcu coś natchnęło mnie do jej dokończenia i opublikowania. O co właściwie chodzi?

Swojego bloga prowadzę od jakichś dwóch lat, ale jako czytelnik w blogosferze jestem znacznie dłużej. Przez ten czas zdążyłam zaobserwować wiele rzeczy z nią związanych, a dzisiaj będzie o czymś, co zawsze wydawało mi się oczywiste, jednak okazało się, że wcale takie nie jest.

Do wypowiadania swojego zdania prawo ma każdy. Wolność słowa i tak dalej, chyba każdy zdaje sobie z tego sprawę. Jednak od jakiegoś czasu mam wrażenie, że u niektórych osób działa to jednostronnie. Ja mam prawo wyrazić swoją opinię i powiedzieć, że coś mi się nie podoba, a ty powinieneś się ze mną zgodzić. Niektórym z was może się wydawać, że przesadzam, ale wierzcie mi, nie pisałabym o tym, gdybym nie widziała takich sytuacji na własne oczy.  Zawsze wydawało mi się, że większość osób raczej to szanuje i nie ma większego problemu z tym, że Kasia lubi Grę o Tron, a Basia niekoniecznie. Ale widocznie jestem nowa w internetach, bo ostatnio coraz częściej spotykam się z tym, że jeśli komuś nie spodoba się czyjaś, wyrażona w kulturalny sposób, ale inna opinia, dosyć szybko znika ona z odmętów internetu.  To samo z resztą dotyczy jakiejkolwiek krytyki. Wiele razy widziałam sytuacje, w których ktoś kulturalnie zwrócił autorowi posta uwagę, że zrobił jakiś błąd, a komentarz magicznie znikał w ciągu kilku minut. A nie daj Boże dawać komuś rady. Przecież to największe chamstwo i bezczelność, żeby doradzić komuś, jak poprawić jakość swoich postów i całego bloga. Skandal.

Wiadomo, każdy, kto ma jakieś swoje miejsce w internecie, bez względu na to czy jest to blog, kanał na youbtube czy cokolwiek innego, ma święte prawo do usuwania komentarzy, które mu nie pasują. Jednak czy te osoby tworzyły to swoje miejsce z przeświadczeniem, że wszyscy zawsze będą się z nimi zgadzać? Nie mówię tu o typowych hejtach i obraźliwych komentarzach, ale czy naprawdę ludzi tak bardzo boli, że ktoś czegoś nie lubi? Albo, że ktoś zwyczajnie ma inne zdanie na jakiś temat? Czy to jest powód do usuwania komentarzy i blokowania tych osób? Być może są ludzie, którzy czują się w jakiś sposób urażeni tym, że ktoś śmie się z nimi nie zgodzić, ale w takim razie jaki jest sens zakładania bloga czy kanału na youtube? Każda osoba mająca swoje miejsce w internecie powinna się liczyć z tym, że nie każdy będzie miał taką samą opinię. Że każdy może napisać komentarz, poprawić tę osobę, jeśli popełniła błąd, spróbować jej jakoś doradzić. Pytanie brzmi: co w tym złego? Tak właśnie działa świat, ludzie mają różne opinie, różne zainteresowania, to normalne. Natomiast niektórzy zachowują się, jakby przestępstwem było to, że ktoś nie lubi czytać (!). Nie wiem skąd wzięło się takie przewrażliwienie, nie wiem też czemu niektórzy wychodzą z założenia, że jeśli to mój blog, to każdy ma mieć takie samo zdanie jak ja. Mam wrażenie, że przez to na blogach mało kto teraz pisze, co tak naprawdę myśli i część osób po prostu dla świętego spokoju woli zgadzać się ze wszystkim co piszą ludzie, których czytają. Oczywiście mogę się w tej sprawie mylić, bo nie znam wszystkich blogów i komentatorów, jednak z tego co ostatnio zaobserwowałam po prostu ciężko jest mi się pozbyć wrażenia, że niektórzy zakładają blogi, żeby czytać same komplementy na swój temat. Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że każdy pochlebny komentarz jest automatycznie nieszczery. Mam po prostu wrażenie, że powstało swego rodzaju kółko wzajemnej adoracji. Ludzie nie chcą widzieć pod swoimi postami krytycznych komentarzy. Nie chcą czytać, że ktoś się z nimi nie zgadza, nie chcą, żeby ktoś wytykał im błędy, poprawiał ich. Wolą czytać, że ich post jest super i piszą świetnie. Zawsze wychodziłam z założenia, że człowiek uczy się całe życie i kiedy ktoś zwraca mi uwagę staram się spojrzeć krytycznie przede wszystkim na siebie, a nie na wszystkich dookoła. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie piszę idealnie i robię błędy, a kiedy ktoś mi je wytyka doceniam to, że przeczytał dokładnie cały post i zadał sobie trud, żeby mnie poprawić. Jest to korzyść przede wszystkim dla mnie, bo dzięki temu mogę nauczyć się czegoś nowego i zmieniać to swoje miejsce w internecie na lepsze. Nie rozumiem więc, czemu tyle ludzi ma z tym taki problem. Nie rozumiem, czemu niektórzy ludzie chcą sobie stworzyć takie właśnie kółko wzajemnej adoracji i odciąć się od wszelkiej krytyki, jakby wszystko wiedzieli najlepiej.

Nie jestem pewna czy to, co chciałam przekazać w tym poście udało mi się ubrać w odpowiednie słowa, ale mam nadzieję, że zrozumiecie o co mi chodziło. Jestem bardzo ciekawa waszej opinii na ten temat. Zachęcam do dyskusji w komentarzach, postaram się na każdy z nich w miarę możliwości odpowiedzieć ;)
''Chłopak, który chciał zacząć od nowa'' - Kirsty Moseley

''Chłopak, który chciał zacząć od nowa'' - Kirsty Moseley


Dwudziestojednoletni Jamie Cole właśnie wyszedł z poprawczaka, gdzie trafił jako nastolatek za morderstwo. Chłopak chce odciąć się od kryminalnej przeszłości i zacząć uczciwe życie, jednak dawne zajęcie mu na to nie pozwala. Jamie bowiem nie tylko kogoś zabił, był też utalentowanym złodziejem samochodów. Po wyjściu z poprawczaka jego dawny szef od razu chce się z nim zobaczyć, ponieważ jest przekonany, że chłopak nadal będzie chciał dla niego pracować. Jamie decyduje się ostatni raz wykonać dla niego zlecenie, po tym ma być wolny. Jakiś czas później chłopak poznaje w klubie Ellie – rudowłosą dziewczynę, która właśnie zerwała z zaborczym chłopakiem. Para ląduje razem w łóżku, potem zaś decydują się na seks bez zobowiązań, który z czasem przeradza się w coś więcej. Jednak przeszłość Jamie'ego nie daje mu o sobie zapomnieć...

O ile spodziewałam się, że fabuła nie będzie jakoś specjalnie odkrywcza sądziłam, że chociaż bohaterowie jakoś to nadrobią. Błąd. Bohaterowie to chyba największa wada powieści. Autorka chyba uznała, że w życiu wszystko jest czarne i białe, bo w swojej książce stworzyła takie właśnie postacie. W zasadzie większość bohaterów jest albo dobra albo zła. Mamy Ellie, która jest jakąś matką Teresą, jest zawsze miła i pomocna, zupełnie jak jej ojciec. Matka dziewczyny robi wszystko pod publikę, ciągle jest perfekcyjnie ubrana i umalowana, zależy jej tylko na pieniądzach i pozycji. Pod koniec książki pokazała się z trochę innej strony, ale przez fakt, że ciągle nalegała, aby Ellie wróciła do byłego chłopaka tylko dlatego, że może zapewnić jej godną przyszłość, nie byłam w stanie jej polubić. I oczywiście perełka całej powieści, czyli Miles - były chłopak Ellie. Jest zaborczy, nie może pogodzić się z tym, że dziewczyna go zostawiła i za wszelką cenę chce ją odzyskać. Większość bohaterów jest po prostu płaska i bezbarwna.

Denerwowało mnie strasznie to, że autorka ciągle zmieniała zdanie, co do wyborów bohaterów.  Na samym początku Jamie nie chciał się z nikim wiązać, miał złe skojarzenia w związku z pewną dziewczyną, z którą niegdyś się spotykał. Jednak autorka najwyraźniej stwierdziła, że nie obchodzi ją co pisała jeszcze kilka stron wcześniej i uznała, że nie będzie nic dziwnego w tym, że Jamie zakocha się od pierwszego wejrzenia w dziewczynie, którą zobaczył w klubie. Tak samo było z Ellie, która sama zaproponowała Jamie'emu (który nagle dostał olśnienia i chciał być jej chłopakiem) luźny układ zamiast związku, ale długo nie zajęło jej zmienienie zdania.

Książka została napisana z perspektywy obu głównych bohaterów, dzięki czemu bardzo dobrze możemy ich poznać. Zazwyczaj taki zabieg uważam za plus, ale w tym wypadku odebrało to powieści trochę tajemniczości i wydaje mi się, jednak autorka powinna postawić na jedną perspektywę.

Związek Ellie i Jamie'ego był do bólu słodki, a przy niektórych tekstach, którymi chłopak raczył swoją dziewczynę po prostu ręce opadały. Ich relacja była strasznie wyidealizowana. Nie twierdzę, że prawdziwa miłość nie istnieje i tak dalej, ale prawie ciągle czytamy o tym, że Jamie uważa, że nie zasługuje na Ellie, a ona nie wie jak taki idealny facet mógł się w niej zakochać. Lubię romanse, ale naprawdę, ileż można tak słodzić?

Strasznie uderzyła mnie monotonność książki. Spotkania Ellie i Jamie'ego przeplatane ciągłymi powrotami chłopaka do przestępczego świata, od którego nie mógł się uwolnić były po prostu nudne. W pewnym momencie przestałam się łudzić, że kiedykolwiek zacznie uczciwe życie, bo ciągle coś go ciągnęło do dawnego zajęcia, z którym tak bardzo chciał skończyć. 

Mieliście kiedyś coś takiego, że wiedzieliście, że książka jest zła i wam się nie spodoba, a mimo to chcieliście ją przeczytać i to zrobiliście? Nie? Ja mam tak bardzo często (chyba jestem masochistką) i w tym przypadku tak właśnie było. Być może ta powieść spodoba się komuś, kto lubi proste romanse z idealnymi związkami, ale dla mnie Chłopak... był za bardzo przesłodzony i banalny.

Wydawnictwo HarperCollins, 2017, 384 strony
★★☆☆☆☆☆☆☆☆
''Mleko i Miód'' - Rupi Kaur

''Mleko i Miód'' - Rupi Kaur


O tomiku poezji Mleko i Miód słyszał chyba każdy, jeszcze zanim pojawił się on w Polsce. Szczerze mówiąc po poezję sięgam raczej rzadko, ale postanowiłam przekonać się o co tyle szumu i postanowiłam przeczytać te nieszczęsne wiersze.

Zacznę może od zalet, a właściwie jednej zalety, którą jest bardzo ładne wydanie. Na początku widnieje informacja, że  projekt graficzny okładki i całej książki stworzyła autorka. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że poświęciła ona na to więcej czasu niż na samo pisanie. Dlaczego?

Cała książka została podzielona na cztery "rozdziały": cierpienie, kochanie, zrywanie i gojenie. Każdy z nich porusza inny problem, opowiada o innym etapie życia autorki. Rupi Kaur pisze m. in o gwałcie, miłości, rozstaniu czy odnajdywaniu samej siebie. Są to poważne tematy, ale za bardzo uderzyła mnie prostota tego, jak autorka je przedstawiła. Od poezji oczekuję raczej czegoś w pewien sposób głębszego niż to, co sprezentowała nam autorka. Wszystkie te "wierszyki" przypominały mi bardziej różnego rodzaju złote myśli rzucane na prawo i lewo na tumblrze czy instagramie. Wiele osób wychwala tę książkę, spotkałam się nawet z ludźmi, którzy pisali, że zmieniła ona ich życie. Nie wykluczam, że mogło tak być, ale wydaje mi się, że zależy to w dużej mierze od czytelnika, jego usposobienia i doświadczeń. Zdaję sobie sprawę, że być może są osoby, które w jakiś sposób utożsamiają się z problemami, poruszanymi przez autorkę, ale mnie w żaden sposób jej poezja nie poruszyła. Jak wspomniałam – w internecie codziennie widzę podobne rzeczy dlatego nie rozumiem na czym polega fenomen tej właśnie książki. Dziwi mnie, że jest tak popularna i zbiera tak dobre recenzje, bo na dobrą sprawę jest to po prostu zbiór przemyśleń autorki o jej doświadczeniach życiowych, który, według mnie, nic nowego nie wnosi. Za bardzo uderzyła mnie banalność tych wierszy, chociaż nie wykluczam, że niektórzy mogą uważać to za plus, bo jednak dzięki temu są łatwe w odbiorze. Dla mnie była to zdecydowanie wada. Rzadko czytam poezję, ale jeśli już to robię lubię sięgać po wiersze, które skłaniają do refleksji, takie, nad którymi mogłabym przysiąść i pomyśleć. W przypadku Mleka i Miodu po prostu "przeleciałam" przez tę książkę w pół godziny nie zatrzymując się na dłużej przy żadnym wierszu. Szczerze mówiąc, dużo bardziej zainteresowały mnie minimalistyczne ilustracje i nie skłamię mówiąc, że niektóre "studiowałam" dłużej niż większość tych tekstów.

Recenzja jest krótka, bo w gruncie rzeczy nie ma się nad czym rozwodzić – Mleko i Miód mnie po prostu rozczarowało. Nie znalazłam w tej książce niczego odkrywczego i nie wiem dlaczego tylu czytelników tak zwariowało na punkcie tego tomiku. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy czytelnicy odnajdują się w problemach, o których pisze autorka, ale język, jakim się posługuje jest do bólu prosty i sprawia, że cały tomik jest dość nijaki.

Wydawnictwo Otwarte, 2017, 208 stron
★★★☆☆☆☆☆☆☆
Ulubione książkowe przyjaźnie

Ulubione książkowe przyjaźnie

Hej ;) Tak jak pisałam wcześniej, nie mam weny na czytanie, więc będę was zasypywać masą okołoksiążkowych postów. Mam zaplanowaną jedną recenzję, ale na razie mam dla was krótką listę moich ulubionych książkowych przyjaźni.


Ktoś jest zdziwiony? Właściwie wpadłam na pomysł napisania tego postu kiedy po raz kolejny czytałam Most do Terabithii. Kocham tę książkę (jakby ktoś nie wiedział), uwielbiam Jesse'a i Leslie i nie, nadal nie mogę się pogodzić z tym, co się z nią stało. Ich historia jest cudowna tak jak ich przyjaźń, a ta powieść zawsze będzie dla mnie wyjątkowa.

Mam wrażenie, że za każdym razem jak umieszczam tę serię (a właściwie pierwszy tom) w jakimś poście zaczynacie się zastanawiać o co mi właściwie chodzi. O Mechanicznym Aniele pisałam w jednym tagu, że jest to książka, przy której zarwałam noc, a całkiem niedawno pojawiła się ona w moim zestawieniu powieści, które mnie rozczarowały. Teraz znowu o niej piszę, a właściwie o bohaterach. Pomimo że Mechaniczny Anioł rzeczywiście mnie rozczarował, postacie stworzone przez panią Clare bardzo polubiłam. Szczególnie zapadła mi w pamięć przyjaźń Willa i Jema. Pokochałam tę dwójkę całym sercem (może Jema trochę bardziej) i obiecuję, że wreszcie skończę tę trylogię (chociaż biorąc pod uwagę to, że wiem co się stanie, nie jestem pewna czy tego chcę).


Przepraszam za obrazek kompletnie nie związany z książką, ale blogger odmówił mi posłuszeństwa i kiedy w końcu udało mi się cokolwiek zrobić nie miałam siły szukać innego.
Książka Ktoś Taki Jak Ty Sarah Dessen oczarowała mnie głównie ze względu na relację między głównymi bohaterkami - Scarlett i Halley. Kiedy ta pierwsza zaszła w ciążę z chłopakiem, który zginął w wypadku jej przyjaciółka wspierała ją jak tylko mogła. Była przy niej przez cały czas, bez względu na wszystko. Pomimo wszelkich problemów, które je spotykały one zawsze stały za sobą murem i to właśnie najbardziej spodobało mi się w tej powieści.


Większość ludzi (przynajmniej tak mi się wydaje) kojarzy Gwiazd Naszych Wina głównie z wątkiem miłosnym, ale dla mnie to też opowieść o pięknej przyjaźni. Kiedy dziewczyna Isaaca z nim zerwała (jakoś nie byłam w stanie zapamiętać jej imienia) to Gus przy nim był. Potrafili płakać i śmiać się razem i uważam, że Isaac był jedną z najlepszych postaci w powieści.

Na koniec coś specjalnego. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tej listy bez Harry'ego, Hermiony i Rona, pomimo że, uwaga, przeczytałam tylko jeden tom Harry'ego Pottera. Tak, to jest ten moment, w którym możecie mnie zlinczować. Kiedy chodziłam do podstawówki czytałam bardzo dużo, ale chyba nie byłam wielką fanką fantastyki, bo nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby sięgnąć po tę serię. Mam zamiar ją w końcu przeczytać po maturze, bo czuję, że jednak nie wypada jej nie znać :D

A wy kogo umieścilibyście w swoim zestawieniu? 
Nie samą książką człowiek żyje

Nie samą książką człowiek żyje

Dzisiaj mam dla was trochę inny post. Jakiś czas temu zaczęłam pisać zakładkę o mnie, żebyście mogli poznać mnie trochę lepiej, ale stwierdziłam, że lepiej będzie opublikować to w formie postu. Tak więc zapraszam na kilka słów o mnie ;)


Jestem strasznie niezdecydowana. Mam tysiąc pomysłów na minutę i odczuwam ciągłą potrzebę zmiany (co w większości przypadków nie wychodzi mi na dobre). Jestem perfekcjonistką, chociaż nie mogę powiedzieć, że we wszystkim, co robię. Są rzeczy, których nie odpuszczam dopóki nie mam pewności, że są zrobione idealnie, ale są też takie, które po prostu olewam. I tu dochodzimy to jednej z moich największych wad, mianowicie: lenistwo. Jestem strasznie leniwa i zawsze wszystko odkładam na ostatnią chwilę. Rzadko kiedy zdarza mi się odrobić lekcje zaraz po przyjściu ze szkoły, czy napisać recenzję trochę wcześniej niż w ostatni dzień wyznaczonego przez wydawnictwo terminu. Mam nadzieję, że kiedyś mi to przejdzie.
Moimi ulubionymi przedmiotami są angielski i historia. Z tego pierwszego jestem dość dobra, jego nauka nigdy nie sprawiała mi problemów. Historię polubiłam właściwie dopiero w drugiej klasie liceum, a niedawno zdecydowałam, że będę zdawać maturę rozszerzoną z tego przedmiotu (życzcie mi szczęścia).
Uwielbiam musicale. Moja miłość do nich zaczęła się od Glee, który jest jednym z dwóch seriali, które obejrzałam w całości. Aktualnie ciągle słucham Hamiltona i cały czas o nim gadam (i staram się ignorować fakt, że inni mają już tego dość). Jeśli chodzi o seriale to już kiedyś pisałam o nich post i od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Nie jestem fanką oglądania seriali online, wolę to robić kiedy lecą w telewizji, dlatego nie oglądam ich zbyt dużo.
Od jakiegoś czasu nie mam ochoty na czytanie. Stwierdziłam, że nie będę się zmuszać, jeśli nie mam na to ochoty dlatego teraz nie pojawiają się żadne recenzje. Zastanawiałam się nad zawieszeniem bloga na jakiś czas, ale stwierdziłam, że będę dodawać różne posty, mniej lub bardziej związane z literaturą, jak wpadnę na jakiś pomysł. W końcu nie samą książką człowiek żyje ;)
Pomimo tego, że wybrałam już kierunek studiów, nadal nie jestem pewna co chcę w życiu robić. Większość ludzi w wieku prawie dziewiętnastu lat ma już jakąś wizję na swoją przyszłość a ja nadal nie wiem gdzie widzę siebie za pięć czy dziesięć lat. Nie wiem, gdzie chciałabym mieszkać, pracować i generalnie zgubiłam motywację do robienia czegokolwiek.
Lubię samotność. Wolę spędzać czas sama niż z innymi ludźmi i rzadko wychodzę z domu jeśli nie muszę tego robić. Kiedy mam za dużo wolnego czasu i nie mam ochoty na czytanie zazwyczaj po prostu leżę w łóżku i nic nie robię. Może to dziwne, ale dużo bardziej wolę nudzić się sama niż spotkać z kimś.
Miejscem, które najbardziej chcę odwiedzić jest Szkocja. Już nawet nie pamiętam skąd mi się to wzięło, ale od jakiegoś czasu bardzo chcę tam pojechać. Jestem oczarowana zdjęciami tamtejszych krajobrazów i mam nadzieję, że kiedyś będę miała okazję zobaczyć je na własne oczy.
W pewnym momencie przestałam sobie stawiać jakiekolwiek cele w życiu, bo większość i tak nigdy by nie wypaliła. Miałam różne plany co do bloga i mojej przyszłości, ale wiem, że nie będę w stanie ich zrealizować, więc już nie planuję.

Jak wam się podobał taki post? Już od dłuższego czasu nosiłam się z napisaniem czegoś takiego i w końcu mi się udało. A z racji tego, że już trochę mnie poznaliście liczę na to, że ja będę miała szansę poznać was, więc napiszcie coś o sobie w komentarzach ;)
Serie, których nie dokończę

Serie, których nie dokończę

Witam was w Nowym Roku :D Nie wiem jak wy, ale ja w ogóle nie czułam tych świąt, wczoraj zapomniałam, że był sylwester... W każdym razie, dzisiaj zapraszam was na post o seriach, których z różnych przyczyn nie mam zamiaru kończyć ;)



Na pierwszy ogień poszła Niezgodna. Dawno dawno temu przeczytałam dwa tomy, po czym sama zaspoilerowałam sobie trzeci xD. I chociaż chciałam kiedyś dokończyć tę trylogię, teraz nie mam na to najmniejszej ochoty. Za dużo nasłuchałam się, że ostatnia część jest najgorsza ze wszystkich, a i tak wiem co się stanie, więc nie widzę sensu w męczeniu Wiernej.

Chyba pobiłam rekord w najdłuższym czytaniu jednej książki, bo przebrnięcie przez Piękne Istoty zajęło mi jakiś rok. Czytałam, nudziłam się i odkładałam. Sama się sobie dziwię, że po prostu nie dałam sobie spokoju. Wiem, że po kolejne tomy nie sięgnę, pomimo tego, że są podobno znacznie lepsze. Pierwsza część skutecznie zniechęciła mnie do twórczości autorek. 

Do Delirium zawsze będę miała pewien sentyment, bo była to pierwsza książka, którą zrecenzowałam. Pamiętam, że zaraz po jej przeczytaniu strasznie mi się podobała, jednak Pandemonium odłożyłam po kilkunastu stronach. Nie spodobało mi się jak potoczyła się akcja po zakończeniu pierwszego tomu, więc stwierdziłam, że poprzestanę na nim. Kiedy patrzę na tę historię z perspektywy czasu widzę w niej dużo wad, których nie widziałam wcześniej. Liczyłam, że jakoś ponownie się w nią wkręcę, ale nie byłam w stanie przebrnąć przez drugi tom.

Szczerze mówiąc, niewiele już pamiętam z tej książki, bo czytałam ją jakieś cztery, może pięć lat temu. Pamiętam jednak, że strasznie mi się nie podobała, chociaż teraz nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego XD Zastanawiałam się nad przeczytaniem kolejnego tomu, ale wtedy musiałabym odświeżyć sobie pierwszy, a chyba nie mam ochoty znowu męczyć się z tą książką.

Szeptem zawsze kojarzyło mi się z Darami Anioła. Nie jest to literatura najwyższych lotów, ale lubię takie książki, więc stwierdziłam, że seria pani Fitzpatrick przypadnie mi do gustu. Szeptem okazało się być jednak mocno średnią powieścią, a bohaterowie zrobili na mnie raczej negatywne wrażenie, chociaż sądziłam, że to oni będą największym plusem całej serii. Generalnie jest mi ona dosyć obojętna i nie mam zamiaru sięgać po kolejne tomy.

Są jakieś serie, które rozczarowały was na tyle, że nie chcecie czytać kolejnych części?
Przypominam o rozdaniu ;)
Copyright © 2014 Litery Na Papierze , Blogger